❓❔Nie daj się AI! Czy było warto? Miesiąc z życia bibliotekarki❓❔
Październik dobiegł końca, a ja (jedna pani z biblioteki) zaczynam się zastanawiać, czy nie przesadziłam z tym całym Międzynarodowym Miesiącem Bibliotek Szkolnych. Codziennie nowe zadanie, codziennie dzieci przychodzące z kartami aktywności, codziennie pytania, odpowiedzi, dyskusje, sprawdzanie, poprawianie, tłumaczenie...
Czy było warto? Oj, było!
Nie będę tutaj szczegółowo opisywać wszystkich naszych zabaw. O tym, jak wyglądała akcja „Nie daj się AI!”, jakie zadania przygotowaliśmy i co działo się przez cały październik, można przeczytać we wcześniejszych postach. Dziś chciałabym opowiedzieć o czymś innym. O tym, czego nie widać na plakatach ani w scenariuszach. O dziecięcych reakcjach, małych sukcesach, nieoczekiwanych trudnościach i momentach, w których człowiek myśli sobie: właśnie dlatego lubię tę pracę.
"Pani, wczoraj nie było biblioteki!"
Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie udało się osiągnąć, było wyrobienie u dzieci nawyku zaglądania do biblioteki. Brzmi może mało spektakularnie, ale dla bibliotekarza to naprawdę wielka sprawa.
Pewnego dnia przychodzi do mnie mały trzecioklasista i z wyrzutem oznajmia: „Pani, wczoraj nie było biblioteki!”.
No tak. Była zamknięta. A on przecież miał zadanie do zrobienia!
Dzieci zaczęły pilnować nie tylko własnych kart aktywności, ale również mnie. Sprawdzały, czy jestem, czy biblioteka jest otwarta, czy pojawiło się już kolejne zadanie. Dopytywały, co będzie jutro, a jeśli z jakiegoś powodu nie mogły przyjść, wracały później nadrobić zaległości. I właśnie to było dla mnie jednym z największych sukcesów całej akcji. Nie musiałam nikogo zachęcać do odwiedzin. To dzieci same przychodziły. Oczywiście ważną rolę odgrywały punkty i obiecane nagrody książkowe. Nie zamierzam udawać, że nie miały znaczenia. Miały! Ale z czasem zaczynałam dostrzegać, że chodzi już nie tylko o zdobycie kolejnego punktu. Dzieci były zwyczajnie ciekawe, co tym razem dla nich przygotowałam. Biblioteka stała się miejscem, w którym codziennie można było spodziewać się czegoś nowego.
Dramat zagubionej karty
Osobną historią były karty aktywności. Każdy uczestnik zbierał na swojej punkty za wykonywane zadania. Te niewielkie kartki zaczęły mieć dla dzieci zaskakująco dużą wartość. Kiedy ktoś zgubił swoją kartę, potrafił się naprawdę przejąć.
Oczywiście nie robiłam z tego problemu. Można było dostać nową, odtworzyć zaliczone zadania albo po prostu jeszcze raz poszukać. Czasem karta odnajdywała się po chwili wśród innych szkolnych papierów. Ale samo to, jak bardzo dzieciom zależało na zachowaniu swoich punktów, było dla mnie ważną informacją. One naprawdę traktowały to wyzwanie poważnie!
A możliwość nadrabiania zaległości okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie chciałam, żeby choroba, nieobecność czy zamknięta jednego dnia biblioteka przekreślały czyjeś dotychczasowe zaangażowanie. Dzięki temu każdy mógł wrócić do zabawy.
Nie przeczytałeś „Hobbita”? To żaden problem!
Od początku wiedziałam, że zadania nie mogą stać się sprawdzianem z przeczytanych lektur.
Przecież czwartoklasista nie musi znać „Hobbita”. Zresztą nawet starsi uczniowie mają za sobą bardzo różne doświadczenia czytelnicze. Dlatego nie zależało mi na wyłanianiu najlepszych znawców literatury. Chodziło o wspólne szukanie odpowiedzi. Jeśli ktoś nie znał książki, mógł połączyć siły z osobą, która ją przeczytała. Dzieci porównywały swoje spostrzeżenia i próbowały wspólnie rozstrzygnąć, czy AI rzeczywiście się pomyliła.
A czasem zdarzała się cudowna niespodzianka. Nagle okazywało się, że jakiś młodszy chłopiec doskonale zna „Hobbita”. I to on stawał się ekspertem, któremu pozostali mogli zaufać. Wiedział, co się wydarzyło, kojarzył szczegóły i błyskawicznie rozpoznawał pomyłki.
Uwielbiam takie momenty.
Myślę sobie, że szkoła zazwyczaj przydziela dzieciom określone role. Ktoś jest dobry z matematyki, ktoś świetnie czyta, a ktoś inny rzadko zgłasza się na lekcjach. Tymczasem w bibliotece nagle okazuje się, że właśnie ten ostatni zna odpowiedź, której nie potrafi znaleźć nikt inny. I przez chwilę to on jest najważniejszym specjalistą w grupie.
A tego błędu w ogóle nie przewidziałam!
Jednym z moich ulubionych elementów miesiąca było tropienie błędów w obrazach wygenerowanych przez sztuczną inteligencję. Przygotowując zadania, zaznaczałam sobie rzeczy, które dzieci powinny odnaleźć. Pięć błędów. Czasami sześć albo więcej. Wydawało mi się, że wszystko mam pod kontrolą.
A potem przychodzili uczniowie i znajdowali kolejne nieścisłości, których sama wcześniej nie zauważyłam. I co wtedy? Oczywiście zaliczałam! Bo niby dlaczego miałabym nie uznać poprawnej obserwacji tylko dlatego, że nie znalazła się na mojej liście odpowiedzi? To była zresztą jedna z najlepszych lekcji dla mnie samej. Nawet przygotowując zadanie z pomocą AI i bardzo uważnie oglądając ilustracje, można coś przeoczyć.
Pamiętam też, jak podczas pracy z „Dziećmi z Bullerbyn” dzieci zaczynały wspólnie odtwarzać szczegóły książki.
„Ej, ale ona miała brata czy siostrę?”
„A tam w ogóle był kościół?”
I wreszcie rozważania o pewnym zwierzątku:
„A świnka morska? Była tam jakaś świnka morska?”
„Przecież tam w ogóle nie było świnki morskiej!”
Właśnie o to chodziło! Nie o mechaniczne wskazanie pięciu szczegółów, ale o przypominanie sobie treści, zadawanie pytań i uzasadnianie własnego zdania. Nagle dzieci zaczynały rozmawiać o książce z taką intensywnością, jakiej nie zawsze udaje się osiągnąć podczas tradycyjnej lekcji.
U nas każdy dostawał punkty
Warto wyjaśnić jeszcze jedną rzecz. W tej zabawie nie chodziło o bezbłędność. Jeśli ktoś wskazał niewłaściwy tekst w zadaniu „Człowiek czy AI?”, nie tracił możliwości zdobycia punktu. Jeśli nie znalazł wszystkich błędów na ilustracji, również otrzymywał zaliczenie (najczęściej dzięki prac w grupie). Nie chciałam, żeby uczestnicy bali się pomyłek. Liczyło się to, że przyszli, przeczytali, zastanowili się, podjęli próbę i potrafili opowiedzieć, dlaczego wybrali taką odpowiedź. Oczywiście rozmawialiśmy o rozwiązaniach. Wyjaśnialiśmy wątpliwości, sprawdzaliśmy szczegóły, porównywaliśmy teksty. Ale nie zamienialiśmy zabawy w klasówkę.
Z perspektywy całego miesiąca uważam, że była to bardzo dobra decyzja.
Dzieci chętnie podejmowały ryzyko. Nie bały się powiedzieć, że czegoś nie wiedzą. Mogły się pomylić, zmienić zdanie, wrócić do książki. A przecież właśnie tego chcemy je uczyć: nie tylko udzielania poprawnych odpowiedzi, ale również samodzielnego dochodzenia do nich.
Najciekawsze rzeczy działy się przy flipchartach
Przyznam, że szczególnie dumna jestem z czwartkowych rozmów. Co tydzień pojawiały się dwa duże arkusze papieru z pytaniami o sztuczną inteligencję. Nie pytałam dzieci jedynie, do czego używają AI. Chciałam dowiedzieć się, co naprawdę o niej myślą. Do czego może być przydatna? W czym nie powinniśmy jej ufać? Do czego nigdy nie chcielibyśmy jej wykorzystywać? Co człowiek potrafi lepiej?
Odpowiedzi naprawdę mnie zaskakiwały.
Spodziewałam się wielu prostych skojarzeń związanych z odrabianiem lekcji czy wyszukiwaniem informacji. Tymczasem uczniowie potrafili zastanawiać się nad granicami korzystania z technologii. Dostrzegali, że czym innym jest pomoc w wykonaniu zadania, a czym innym całkowite wyręczanie człowieka. W ich wypowiedziach było sporo rozsądku. Co szczególnie ważne, nie patrzyli na sztuczną inteligencję wyłącznie z zachwytem ani wyłącznie ze strachem. Umieli dostrzec, że coś może być jednocześnie użyteczne i niebezpieczne, zależnie od tego, w jaki sposób z tego korzystamy.
I pomyślałam sobie wtedy, że naprawdę nie doceniamy czasem dziecięcej zdolności do refleksji. Wystarczy postawić dobre pytanie i dać im przestrzeń do odpowiedzi.
Człowiek czy AI? Z każdym tygodniem było coraz ciekawiej
Piątkowe porównywanie tekstów początkowo sprawiało niemałe trudności. Nic dziwnego. Teksty pisane przez sztuczną inteligencję potrafią brzmieć bardzo naturalnie, a ludzie przecież również czasami piszą szablonowo.
Ale po dwóch tygodniach zaczęliśmy dostrzegać pewne prawidłowości. Dzieci zauważały, że AI lubi efektowne określenia, często buduje wyliczenia z trzech elementów, a zakończenia bywają tak idealnie podsumowujące, że aż podejrzane. Zaczynały zwracać uwagę na sposób pisania, a nie tylko na temat tekstu.
Nie oznacza to oczywiście, że nauczyliśmy się bezbłędnie rozpoznawać autorstwo. To nie jest możliwe na podstawie kilku stylistycznych wskazówek. Ale nauczyliśmy się czytać uważniej.
I bardzo cieszyło mnie to, że uczestnicy zaczynali samodzielnie wyciągać wnioski z wcześniejszych doświadczeń.
Czy wszystko szło idealnie?
Oczywiście, że nie.
Codzienne zadania oznaczają również codzienną organizację. Trzeba przygotować materiały, sprawdzić odpowiedzi, pamiętać o kartach i znaleźć czas dla dzieci, które przychodzą odrabiać wcześniejsze wyzwania. A biblioteka przecież cały czas normalnie funkcjonuje.
W dodatku zadania związane ze sztuczną inteligencją bywają nieprzewidywalne. Raz okazuje się, że grafika zawiera więcej błędów, niż zakładaliśmy. Innym razem wygenerowana okładka jest tak daleka od treści książki, że niemal niemożliwe staje się rozpoznanie tytułu. Trudno też przygotować zadanie, które będzie równie łatwe dla trzecioklasisty i ucznia siódmej klasy.
Ale nie chciałabym, żeby rozwiązaniem było sprowadzenie wszystkiego do najprostszego poziomu. Znacznie lepiej sprawdziło się pozwolenie dzieciom na współpracę, rozmowę i wzajemną pomoc.
Bo przy okazji nauczyły się czegoś, czego wcale nie zaplanowałam jako osobnego celu: że nie trzeba wszystkiego wiedzieć samemu, aby wspólnie dojść do odpowiedzi.
Czy udało się zachęcić dzieci do czytania?
To pytanie zawsze wraca przy podobnych akcjach. Bo przecież organizujemy Międzynarodowy Miesiąc Bibliotek Szkolnych, a nie miesiąc sztucznej inteligencji.
Tylko czy naprawdę jedno wyklucza drugie?
Przez cały październik dzieci musiały wracać do książek. Przypominały sobie bohaterów, porównywały wydarzenia i zastanawiały się nad znaczeniem tytułów. Rozpoznawały książki, o których wcześniej być może nawet nie słyszały. Dowiadywały się, że ich koledzy czytają zupełnie inne rzeczy niż one.
Widziałam zainteresowanie literaturą. Słyszałam rozmowy o książkach. Obserwowałam, jak dzieci szukały informacji i próbowały sobie nawzajem coś wyjaśnić. Dla mnie to jest promocja czytelnictwa.
A żeby był ciekawiej, czytelnictwo bardzo wzrosło! I stało się to niejako przy okazji. Jeśli ktoś odwiedza bibliotekę 20 razy w miesiącu... no cóż, Zauważy kiązki, nie ma opcji 😊
Co zostanie ze mną po tym miesiącu?
Na pewno obraz dzieci, które przychodzą do biblioteki i jeszcze od progu pytają o zadanie.
Sylwetkę małego trzecioklasisty, który upomina się o wczorajszą nieczynną bibliotekę.
Uczniów przejętych zagubioną kartą aktywności.
Chłopca, który nagle okazuje się największym znawcą „Hobbita”.
Dzieci spierających się o szczegóły „Dzieci z Bullerbyn” i odnajdujących błędy, których ja sama nie przewidziałam.
I tych wszystkich odpowiedzi zapisanych na flipchartach, które pokazywały, że młodzi ludzie naprawdę potrafią mądrze myśleć o świecie, w którym dorastają.
Czy miesiąc się udał? Zdecydowanie.
Nie dlatego, że wszystkie zadania były idealne. Nie dlatego, że udało się przewidzieć każdą odpowiedź ani dlatego, że dzieci zebrały dużo punktów. Udał się dlatego, że chciały przychodzić. Chciały próbować. Chciały rozmawiać. A kiedy biblioteka była zamknięta, ktoś następnego dnia upominał się o jej otwarcie.
I chyba trudno o lepszą recenzję bibliotecznej akcji.
Bo jeśli po miesiącu zabaw z AI dzieci nauczyły się nie wierzyć bezkrytycznie we wszystko, co podpowiada technologia, a przy okazji jeszcze chętniej zaglądają do biblioteki, to chyba naprawdę zrobiliśmy kawał dobrej roboty.
A że przy okazji czytały jak opętane? Cóż... 😀💕
J.
PS. A do Was, drodzy Czytelnicy, mamy jeszcze kilka słów!
Nie spodziewaliśmy się, że nasza akcja „Nie daj się AI!” spotka się z aż tak dużym zainteresowaniem również poza murami naszej szkoły! Kiedy zaczęliśmy publikować na blogu kolejne porcje zadań, ruszyła prawdziwa lawina wiadomości. Przez cały październik otrzymaliśmy kilkadziesiąt maili i wiadomości na Messengerze od bibliotekarzy i nauczycieli z różnych zakątków Polski. Prosiliście o kolejne materiały, dopytywaliście o rozwiązania.
Ale najbardziej cieszyły nas wiadomości o tym, jak nasze pomysły sprawdzają się w Waszych bibliotekach. Pisaliście, że uczniowie świetnie się bawią, że zadania wciągają nie tylko młodsze dzieci, ale nawet ósmoklasistów, że wykorzystujecie je podczas lekcji bibliotecznych, a niektórzy zabrali je również na swoją Noc Bibliotek. Dowiadywaliśmy się, że dzieci dopytują o następne zagadki, że wspólnie tropicie błędy AI i że niejedna ilustracja wywołała burzliwą dyskusję.
Szczególnie miło było czytać wiadomości, w których żałowaliście, że październik już się kończy, a wraz z nim nasza ostatnia porcja zadań. Docierały do nas podziękowania, serdeczne pozdrowienia, słowa uznania, a nawet zaproszenia na kawę do bibliotek w różnych częściach Polski! Przyznamy, że niektóre z tych zaproszeń bardzo kuszą. 😁
Dla nas to ogromna radość. Pomysł, który powstał z myślą o uczniach naszej szkoły, zaczął żyć własnym życiem. Trafił do innych bibliotek, został wykorzystany przez kolejnych nauczycieli i – co najważniejsze – sprawił frajdę dzieciom, których nigdy nie mieliśmy okazji poznać.
Dlatego chcemy Wam z całego serca podziękować. Za każdą wiadomość, za podzielenie się swoimi doświadczeniami, za dobre słowa i za to, że zechcieliście wykorzystać nasze materiały w swojej pracy.
To niezwykle miłe uczucie wiedzieć, że po drugiej stronie ekranu są ludzie, którym chce się działać, próbować nowych rzeczy i zarażać dzieci radością odkrywania. I wiecie co? Takie wiadomości są dla nas jedną z najpiękniejszych nagród za całą pracę włożoną w przygotowanie materiałów.
Dziękujemy, że byliście z nami przez ten październik. A jeśli dzięki naszym zadaniom choć w kilku bibliotekach rozległo się głośne „Ej, ale tu się coś nie zgadza!”, to znaczy, że naprawdę było warto!
panie z biblioteki

Komentarze
Prześlij komentarz